Karaluchy wyszły z szafy.



Od początku ponad 20 letniej historii demokracji w naszym kraju, brałem czynny udział w wyborach. Przygnębiało mnie to, że nie ma na kogo głosować, zarówno w wyborach do samorządów terytorialnych, jak i do Sejmu oraz Senatu i na najważniejsze stanowisko w Polsce. Chętni do ciepłych posadek, wychodzili do wyborców, jak karaluchy ze starej szafy. Mamili obietnicami i znikali na cztery lata, zaszywając się w przepastnych gabinetach, by za nasze pieniądze pławić się w luksusach. Ten schemat powtarza się cyklicznie, co cztery lata. Szafa, karaluchy, uwodzenie odwłokami, ciepły stołek, szafa…

Świadomość, że miałem iść na kolejne wybory, gdyż tak wypada, nie wpływała na mnie budująco. Czułem wyborczy marazm, a to, co pokazywały kolejne ekipy rządzące krajem, budziło we mnie zniechęcenie, a w wielu przypadkach obrzydzenie. Bo można być przy władzy, robić coś dla ludzi, a jednocześnie żyć wygodniej i lepiej od innych. Ale mogę się mylić, ponieważ tylko tak przypuszczam. Może tak się jednak nie da?
Do władzy przeważnie pchają się jednostki nieudolne, ale jednocześnie pozbawione skrupułów i zahamowań. Ludzie, którzy w innych dziedzinach się nie sprawdzili. Nic nie osiągnęli, gdyż nie potrafili niczego osiągnąć lub nie mieli pomysłu na życie. Dla mnie politycy, to nieudacznicy, którzy w polityce upatrzyli ostatnią życiową szansę, wybicia się ponad innych ludzi. I tutaj nie będę nikogo dyskryminował, bo politycy z każdej partii są nie wiele warci.
Idąc na kolejne wybory czułem się jak skazaniec, któremu kat dał do wyboru opcję pozbawienia życia, a skazaniec mógł wybrać, czy chciałby być powieszony, rozstrzelany czy uśmiercony gazem. Ale on bez względu na to, co uczynił, chciałby żyć nadal! Tak samo jak MY zwykli obywatele. Chcemy żyć i jest nam wszystko jedno, kto rządzi, byleby robił to uczciwie i skutecznie.
Za mną jest ponad 20 lat głosowania na ludzi, do których nie miałem przekonania i tak już chyba pozostanie, bo świat się rozwija, lecz się nie zmienia. W moim przypadku było to za każdym razem wybieranie mniejszego zła. Głosowałem na przedstawicieli jednej partii, gdyż uważałem, że są mniej beznadziejni, niż przedstawiciele innej. Głosowałem, niczego nie oczekując w zamian, bo nie byłem tak naiwny, by od nich czegoś oczekiwać. Chodziło mi jedynie o to, by ci rządzący, w mniejszym stopniu od innych upodlili nasz kraj podczas swojej kadencji. Głosując spełniałem swój obywatelski obowiązek – nic więcej.
Dlatego, gdy ktoś chce dyskutować ze mną na tematy polityczne, zawsze na początku pytam, czy był na wyborach. Jeśli oświadczy, że nie, to nie ma żadnej dyskusji. Bo, po co dyskutować z ludźmi, którym nie chce się iść na wybory? Dla mnie ma to taki sam sens, jak rozmawianie na temat meczu, na którym się nie było, ani nie śledziło w telewizorze. Jako obywatele możemy być politycznie bierni. Nikt nie zmusza nas abyśmy pchali się do władzy lub udzielali się politycznie. Nie musimy dyskutować na temat tej, czy innej partii, bądź takich lub innych przekonań politycznych. To, co czujemy, możemy zachować dla siebie, a z innymi ludźmi rozmawiać o pogodzie lub na milion innych tematów, lecz na wybory powinniśmy chodzić.
Czy ma to sens? Czy ma sens głosowanie na ludzi, którym nie ufamy? Jasne, że nie ma to najmniejszego sensu. Dlatego od kilku lat, w większości wyborów oddaję nie ważne głosy. Tak. Tak. Nie ważne. Żeby podkreślić, iż nie popieram tych kandydatów, których mam do wyboru, ale byłem, bo na losie naszego kraju mi zależy. Ja widzę w tym sens. Sens wybierania mniejszego ZŁA, albo okazywania braku poparcia.
Podczas ostatnich wyborów na prezydenta mojego miasta, głosowałem na konkretnego człowieka. Była to po około 20 latach demokracji pierwsza osoba, na którą głosowałem z przekonania! W obecnych wyborach na to stanowisko, mój głos będzie identyczny. Niedawno dowiedziałem się, że w sąsiednich miastach kandyduje dwóch moich znajomych. Obydwaj od lat zaangażowani są społecznie. To jedne z nielicznych osób działających na co dzień, a niewyskakujących ze społeczną nadaktywnością, trzy miesiące przed wyborami! Są jeszcze kandydaci, którzy starają się przypisać sobie osiągnięcia innych ludzi, wmawiając nam, że to oni robili. Dlatego każdy powinien interesować się polityką, aby byle łachudra nie robiła nam wody z mózgu, dla osiągnięcia politycznych celów.
Cieszy mnie to, że Prezydent mojego miasta oraz dwaj koledzy kandydują. Może dzięki nim i za ich przykładem, do władzy będą dążyli ludzie, których celem okaże się działanie dla dobra nas wszystkich? Może oni i ludzie podobni do nich, chociaż tak nieliczni, skutecznie przetrą drogę dla kolejnych wartościowych ludzi? Kilka lat temu uznałem, że jest tylko jedna osoba na którą warto postawić. W tym roku są trzy. Może za cztery lata będzie ich więcej?
OLDBOY65

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Moje kulinarne wędrówki – zupa dyniowa.

W swoich kulinarnych wędrówkach, nareszcie dotarłem   do zupy dyniowej! Może dlatego tak późno, gdyż mój kucharski światek, istnieją...