Moje kulinarne wędrówki – zupa dyniowa.



W swoich kulinarnych wędrówkach, nareszcie dotarłem  do zupy dyniowej! Może dlatego tak późno, gdyż mój kucharski światek, istniejący od kilkudziesięciu lat, jest bardzo ograniczony. Nie z tego powodu, że nie lubię niektórych warzyw lub innych składników powszechnie dostępnych na naszym rynku i w związku z tym ciągle ich unikałem. Ale dlatego, że moja Żona znakomicie gotuje i z własnego wygodnictwa, ograniczyłem się do prostych potraw oraz zup, bez których dla mnie obiad się nie liczy. Obiad bez zupy, jest podobnie mizerny w swej wymowie, jak seks bez gry wstępnej! Można się zapchać kartoflami, ryżem, czy makaronem z sosem lub bez niego. Zjeść kawał smażonego mięsa i michę surówki, lecz to nie jest to samo, co porządny obiad z zupą. Bo zupa nadaje klimat, jakim powinien szczycić się główny posiłek, jadany każdego dnia. Ona dodaje posiłkowi magicznego smaku oraz pikanterii, tworząc uroczysty nastrój, bez względu na to, czy  obiad, spożywany jest w podrzędnym barze, wykwintnej restauracji, czy w domu. Nie ma też większego znaczenia, czy jemy go w środku tygodnia, w weekend, lub święta. Czy spożywamy go podczas uroczystości, czy jest zwykłym banalnym posiłkiem dnia powszedniego. Bowiem jedzenie zupy będącej częścią obiadu, daje nam więcej czasu, na przebywanie wśród osób z którymi chcemy przebywać. A jeśli spożywamy go w samotności, mamy znacznie dłuższą chwilę, na zastanowienie się nad własnym życiem lub nad tym, co jeszcze może się nam przydarzyć. Mam na myśli realizowanie własnych planów, bowiem życie jest 1000 razy bardziej nie przewidywalne od efektów, jakie mogą nas dosięgnąć, gdy zjemy michę kiszonej kapusty, popijając ją obficie mlekiem.

Wojenne błędy, czy zwykła głupota?


Fatalne decyzje w II Wojnie Światowej / Hans – Dieter Otto. Taka książka wpadła mi w łapy, a właściwie pożyczyłem ją od sąsiada. A w niej zawartych jest czterdzieści wojennych epizodów, mających większy lub mniejszy wpływ na przebieg wojny. Autor skupia się na błędnych decyzjach podejmowanych przez dowództwa armii walczących na wszystkich frontach drugiej wojny. Po przeczytaniu kilku rozdziałów zacząłem odnosić niemiłe wrażenie, że wojskowe talenty Adolfa Hitlera są przez autora wychwalane. Może nieco przewrażliwiony na tym tle jestem, ponieważ nie widzę niczego godnego pochwały w stosunku do osoby dowodzącej armią, która wygrywa kilka bitew, ale przegrywa wojnę. Czy takie dowodzenie można nazwać talentem? Raczej antytalentem! To samo dotyczy Napoleona. Co z tego, że wygrał tu i ówdzie, większą lub mniejszą bitwę, jeśli ostatecznie dostał łomot i zesłano go na bezludną wyspę, aby w spokoju oswoił się z tym, że dostał sromotne lanie i już się nie liczy. Ale są ludzie, dla których taki człowiek jest idolem. To mniej więcej tak samo, jakby wielbiono boksera za to, że był dobry w trzeciej, piątej, czy dziesiątej rundzie. I jako fachowiec od lania po pysku pokazał, że potrafi walczyć, ale ostatecznie ląduje ryjem na deskach, gdyż nie uważał i zlekceważył przeciwnika, ponieważ był zadufany w sobie, bezczelny oraz arogancki. Ostatecznie nie przegrał dlatego, że był gorszy, tylko dlatego, że nie szanował przeciwnika.

Mój Terminal!


Wygląda na to, że zasiedzę się na lotnisku, co najmniej tak długo jak Tom Hanks w filmie Stevena Spielberga pod tytułem „Terminal” (2004r.) Ale Viktor Navorski (Tom Hanks) miał pecha, ponieważ przybył do USA z kraju położonym w Europie Wschodniej, w którym dokonano zamachu stanu. Amerykańskie władze nie uznały paszportu Viktora, zmuszając go tym samym do przymusowego koczowania na lotnisku. Nie pamiętam ile czasu zeszło bohaterowi na lotniskowym pobycie i nie wiem, ile ja się w swoim airporcie zatrzymam.

Coraz bardziej martwi mnie to, że dinozaury wymierają...



Coraz bardziej martwi mnie to, że dinozaury wymierają, ale nie dlatego, że kocham te stworzenia, lecz dlatego, że od jakiegoś czasu sam należę do tego gatunku. Chociaż resztkami sił staram się udawać, że tak nie jest, ale organizmu nie oszukasz. Jeśli weszło się w epokę prehistorycznych gadów, to należy się dostosować, wygodnie umościć - zaakceptować klimat i znaleźć bezpieczne miejsce w prastarych paprociach. Najważniejsze, by nie pierdolnął gdzieś w pobliżu jakiś meteoryt, czy coś podobnego, co przypałęta się z Kosmosu, by ponownie zrównać wszystko z ziemią. To jest zupełnie nie potrzebne, bo my ludzie sami się unicestwiamy i nie potrzebujemy do tego boskiej pomocy, w postaci rozgrzanych do czerwoności meteorów, ani innego kosmicznego badziewia. Nasza głupota w zupełności wystarczy, gdyż pomysłowość ludzka w niszczeniu świata nie ma granic!

Czy La Traviata też może być sensem życia?


Do tego, aby nadać sens życia swojej ziemskiej egzystencji, albo wyrwać się z niechęci, a nawet z obrzydzenia do niego, by ponownie nabrać ochoty do dalszej bytności na Ziemi, jest wiele sposobów. Jedne są bardziej spektakularne, jak na przykład próba zbawienia świata, lub przekonanie wszystkich ludzi o słuszności własnych poglądów politycznych, albo usiłowanie wynalezienia lekarstwa na raka, a inne sposoby są mniej spektakularne. Na przykład aspiracje zawodowe, skłaniające nas do walki o awans na najważniejszą osobę w jednym z wiodących koncernów samochodowych, lub chęć zostania dealerem, szczycącym się największą sprzedażą lodówek najnowszej generacji we Wszechświecie! Mogą to być bardziej osobiste zamierzenia, jak starania o solidne wykształcenie własnych dzieci, które będą na życiowej drodze, dochodziły do tego, do czego nam się nigdy nie udało dotrzeć. Ale możemy postawić przed sobą bardziej przyziemne cele, dla których też warto żyć. Cele wręcz banalne, w porównaniu z próbą zbawienia świata. Na przykład możemy stać się szczęśliwym posiadaczem biletu na Traviatę, do Opery Bałtyckiej w Gdańsku, z co najmniej ośmiomiesięcznym wyprzedzeniem i taki bilet od wczoraj posiadam. Fundatorka tego kulturalnego zbytku nie jest anonimowa, lecz znana mi od 30 lat. Dlatego teraz moim najważniejszym zadaniem, na najbliższe osiem miesięcy jest przeżyć i mam nadzieję, że nikt nie będzie mi tego utrudniał.

Single malt czy blended, oto jest pytanie?




Takim dylematem podczas pobytu w szpitalu, może zaprzątać sobie głowę, tylko taki człowiek jak ja. Zamiast chodzić po szpitalnym korytarzu, użalając się nad sobą, albo leżeć w łóżku, obgryzając paznokcie, z niepokojem zastanawiając się nad tym, co pokażą wyniki – rozmyśla o whisky, bo whiskey nie wchodzi w grę. Być może to specyficzna odmiana alkoholizmu, dotąd nie zbadana nawet przez wybitnych światowych naukowców, albo nieodkryta choroba. Być może nieznany wirus, czy coś takiego. Przejawiający się poprzez rozmyślanie o czymś, co nie ma dla nas najmniejszego znaczenia, zamiast myślenia o tym, co jest dla nas istotne. Możliwe, że jest to psychiczna forma obrony organizmu przed stresem. Sam nie wiem. Coś w tym jednak jest. 

Czas na warzywną metamorfozę - 2000 lat po śmierci Owidiusza.



„Wszak Wiek, co Złotego odziedziczył miano,

W którym zioła jedynie i owoce znane,

Był szczęśliwym, a jednak nie znał krwi obrzydłej.

Wtedy ptak bezpiecznymi ulatywał skrzydły,

Wszystko żyło w pokoju, nie bojąc się zdrady.

Ale gdy wynalazca ohydnej biesiady

Zgodny, w szczęśliwym świecie, zepsuwszy porządek,

Mięsne spuścił potrawy w żarłoczny żołądek,

Zbrodniom otworzył wrota…”
...

Owidiusz „Metamarfozy” (fragment)

Czy zastanawiacie się nad upływającym czasem?


Od dziecka fascynowało mnie przemijanie, najbardziej widoczne jesienią, gdy świat powoli szarzeje i powszednieje. Ale najpierw staje się różnobarwny, zastępując nieco przemęczony krajobraz późnego lata, przeróżnymi odcieniami żółci, rudości, czerwieni, przyblakłej zieleni, brązów i innych pokrewnych kolorów. Robi się bajecznie kolorowo, a owoce jesieni zdobiące drzewa, w coraz większych ilościach zaścielają leśne drogi lub parkowe ścieżki. Kasztany z których w dzieciństwie robiłem figurki koni oraz ludzi, stają się towarem wielce pożądanym. Żołędzie nie tylko ja zbierałem do ozdoby, a teraz coraz mniej ludzi to robi. Owoce buczyny nadal lubię zajadać. Dawniej wielu ludzi skubało pestki buczyny, z których wytłaczano nawet olej. Nie wiem, czy dzieje się tak również dzisiaj, bo ludzkość rozwijając się, coraz częściej idzie na łatwiznę, pomijając to, co wartościowe, lecz wymagające większego nakładu pracy. Po co się męczyć, mozolnie tłocząc olej z orzeszków buczyny, jak można obsiać tysiące hektarów rzepakiem i będzie szybciej, łatwiej, taniej oraz wydajniej.

Bohemian Rapsody - ciekawy obraz o niezwykłych ludziach.


Po raz pierwszy byłem tak bardzo wzruszony oglądając filmowy obraz. Pewnie dlatego, że moja młodość latami przewijała się razem z tą muzyką. Jestem miłośnikiem ciężkiego rocka: Black Sabbath, Deep Purple, Metallica, Iron Maiden, Slayer, Led Zeppelin, AC / DC itd., to moje klimaty z lat młodości, brzmiące nadal w głowie. Mógłbym bez problemu wymienić jeszcze, co najmniej dwadzieścia zespołów, grających nie tylko mocnego rocka, które bardzo cenię. Ale QUEEN to kapela tworząca muzykę ponad podziałami. U nich nie było ograniczeń, według których można by było zaszufladkować ich do muzyki rockowej, popu, czy reggae itp. Oni po prostu tworzyli to, co podpowiadało im serce i każdy z tych chłopaków dorzucił coś od siebie do twórczości zespołu.

W kwestii polskości nie mam wątpliwości.


Jeszcze kilkanaście lat temu, widząc to, co posiadają zachodnie narody, miałem kompleksy, bo oni mieli wszystko, a my Polacy klepaliśmy biedę. Nie dlatego, że byliśmy nieudolni i nie potrafiliśmy dojść do dobrobytu ciężką pracą, lecz dlatego, że w 1945 roku zastaliśmy przez naszych zachodnich „Przyjaciół” sprzedani. Kilka lat wcześniej w 1939r. też nas zdradzili, nie dotrzymując umów, pozostawili na pastwę niemieckiej bestii, a po wojnie oddali pod władanie Rosjan, którzy stworzyli u siebie system równie okrutny i bezmyślny jak niemiecki faszyzm. W którym i my od 1945r. musieliśmy żyć przez kilkadziesiąt lat, snując się na końcu coraz bardziej rozwijającej się Europy i znaczniej części świata.

Odwieczny dylemat - zostać u siebie, czy ruszyć w nieznane?


Nie powinniśmy zastanawiać nad tym, dokąd prowadzi droga, którą mamy przed sobą, jeśli nie chcemy wyruszyć w poszukiwaniu czegoś innego. Porzucając to, co jest nam znane, na rzecz wielkiej niewiadomej. Nie warto nieustannie myśleć o tym, czy na końcu drogi, jest coś ciekawego, czy wręcz przeciwnie - niegodnego uwagi. Czy czeka na nas coś złego, a może dobrego? Co może nas tam spotkać? Przygoda życia? Miłość? Śmierć? Efektowna kariera, czy życiowa porażka? Gdzie ta droga ma swój koniec? Dziesięć kilometrów dalej? Sto? A może jest drogą bez końca?

Coca Cola, hamburgery i halloween.


Kilka dni temu miałem zamiar rozpisywać się na temat Halloween (lecz postanowiłem się ograniczyć) i skrytykować rodaków dobrowolnie wprowadzających obcą kulturowo tradycję na nasz rynek. Ogłupiających siebie oraz swoje dzieci, amerykańskimi i nie tylko, nastawionymi na wyciągnięcie kolejnych pieniędzy od ludzi - pseudo świętami. Nie wnoszącymi niczego twórczego, ani wartościowego do naszych domów. Natomiast wypominać, że to pogańska tradycja nie wypadało, gdyż nie jestem bogobojnym Katolikiem. Śmigającym grzecznie w niedziele i święta do kościoła. Człowiekiem nie grzeszącym, robiącym tylko dobre uczynki, również nie jestem. Bez problemu znalazłbym w swoim otoczeniu ludzi chodzących do kościoła, lecz ze wskazaniem kilku osób, wykonujących trudniejszą część katolickich obowiązków, jaką powinna być na przykład miłość bliźniego - miałbym ogromny problem.

Słodziutki - ponura biografia cukru.



Nigdy bym nie pomyślał, że biografia cukru, w swoim przekazie będzie ponurą oraz okrutną relacją dotyczącą pewnej dziedziny w historii ludzkości i stanie się dla mnie jedną z najwartościowszych książek, jakie czytałem.

Zamieranie pradawnych lasów rozmowy.



Wczoraj byłem u dr Kaliego. Fachowca leczącego telefony, bo jedni specjaliści leczą ludzi, inni psy, koty lub inne stworzenia, a On zajmuje się uzdrawianiem elektronicznych komórek. Spędziłem tam sporo czasu – prawie dwie godziny, bo z telefonem problem miałem nie mały. Ale dzięki temu, mogłem zobaczyć, ile dzieje się na małym, zaledwie mikroskopijnym kawałku naszej planety, ograniczonym ścianami lokalu, sufitem i podłogą.

Tradycyjna jesienna plucha.




Na zewnątrz panuje tradycyjna jesienna plucha, a wewnątrz ogarniająca mnie depresja gangstera. Może trochę mniejsza niż ta rozbójnicza, bo nikogo nie ukatrupiłem i nie mam takiego zamiaru. Bowiem pokojowo nastawiony jestem do świata i ludzi, jak York grzecznie ulizany, lub inny kundel, chociaż są co najmniej dwie osoby, którym nawet dzisiaj chętnie ryja bym obił. Za stare sprawy, bo życiowy niedosyt pozostaje, gdy człowiek nie zrobił kiedyś tego, lecz wie,  że powinien. Ale nie ma co się roztkliwiać nad starymi dziejami, skoro jutro nowe wyzwania czekają. Batalia o przetrwanie w jesiennej słocie i błocie, pełnym kolorowych liści, igliwia i śmieci oraz odcisków butów wszelakich, pozostawionych przez nieuważnych ludzi.

Moja chińska opowieść cz. 1



Chiny nie zaskoczyły mnie zbyt mocno, ponieważ czytałem o tym kraju kilka razy, a przed chińską wyprawą, szukałem dodatkowych informacji na temat współczesnych Chin. Ale zdumiało mnie coś w tym kraju, coś o czym warto powiedzieć, lecz o tym będzie innym razem. Tymczasem głębokie przemiany gospodarcze, widoczne na każdym kroku zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Tysiące nowych linii kolejowych, pociągów pędzących ze średnią prędkością około 300km/h, dziesiątki nowych drapaczy chmur oraz setki 30 piętrowych budynków, stawianych w każdym mieście, przez które przejeżdżaliśmy. To może zaimponować człowiekowi ze średniej wielkości kraju, mieszkającego w zaledwie 100.000 mieście. Żurawie budowlane stały nieomal wszędzie, otoczone dziesiątkami nowych budynków. Patrząc na to wszystko, największa w Polsce Warszawa wydała mi się niewielkim miasteczkiem, gdyż w Chinach średniej wielkości miasto liczy około 10 milionów mieszkańców.

Siedem uczuć – mój powrót do przeszłości.


Zostałem wciągnięty w zasadzkę idąc na ten film. Wiem, że nie celowo, tylko nieświadomie. Jak to się mówi - stało się! Ktoś, kiedyś zrobił pułapkę na dzikiego zwierza. Przez lata nigdy nic do niej nie wpadło. Zniechęcony bezowocnym polowaniem myśliwy, przestał zaglądać w to miejsce, aż w końcu ja się w niej przypadkiem znalazłem. Tak bym określił tą sytuację. Może gdybym wiedział, o czym jest film, nie poszedłbym do kina? Nie znałem fabuły, gdyż recenzji polskich produkcji, przed pójściem do kina, nie czytam od dawna, ponieważ wiele z nich rozmija się z tym, co później widzę na ekranie. Teraz też tak było – przynajmniej w jednym przypadku, bo jakiś pożal się Boże krytyk, czy recenzent filmowy napisał o „7 uczuciach”, że film jest komedią! A wcale do śmiechu, nie tylko mnie, nie było. Co nie znaczy, że nie znalazło się kilka scenek, wzbudzających uśmiech na twarzy. Były, ale czy z tego powodu można określać film komedią?

20 kropli Tabasco różnicy.


Spotykamy się od lat i nigdy wcześniej nie myślałem, że prywatne spotkania z kolegami z pracy są możliwe, ponieważ powiedzenie, że; „w pracy nie ma kumpli,” sprawdzało się niemal w stu procentach. Gdziekolwiek byłem zatrudniony, to ze względu na powszechnie panującą, zupełnie przeze mnie nie zrozumiałą – zawiść, nie wyobrażałem sobie prywatnych spotkań z ludźmi, z którymi musiałem ciężko pracować. Dlatego to, że od czasu do czasu widuję się z kolegami, uważam za ewenement, gdyż poza wspólnymi cechami jak na przykład  mieszkanie w tym samym mieście, dzieli nas niemal wszystko. 
Każdy z nas ma inne podejście do kwestii pieniędzy, rodziny, aktywności fizycznej, seksu, sportu, miłości, a nawet żywienia i mógłbym tak wyliczać bez końca lecz pewnie nie znalazłbym nic, w czym bylibyśmy zgodni.

Czy ciemna bułka może być przejawem rasizmu?




Upiekłem brązowiutkie bułeczki razowe. Tak wyszło. Mąka razowa Typ 2000, do tego mielone ziarno żyta i siemienia lnianego. Olej, drożdże i woda. Całość po 30 minutach pieczenia wyglądała topornie - zakalcowato. Dlatego dorzuciłem jeszcze 10 minut i z piekarnika wyszły czarne razowe krążki, twarde jak krążki do hokeja. Niby nic niezwykłego, ciemne pieczywo, ale! Może nie być to kwestią przypadku, tylko dowodem na to, że w głębi duszy jestem rasistą i swoje niechęci do ras przeróżnych w pieczywie ukrywam. Takie naszło mnie spostrzeżenie, po ujrzeniu efektu swojej pracy, a to dlatego, że od czasu do czasu docierają do mnie wypowiedzi polityków, wyciągających z wielu sytuacji paradoksalne wnioski, aby tylko opluć konkurencję z którą muszą walczyć o polityczne wpływy lub przekonać niewydolnie myślącą część społeczeństwa o swoich racjach.

Rumuńskie kiszonki...


Oto połączenie tradycji z nowoczesnością - pomyślałem, gdy przy ścianie pensjonatu w rumuńskim Bran, zobaczyłem plastikowe pojemniki, wewnątrz których znajdowały się warzywa w zalewie z ziołami. Były ogóreczki, papryczka, marchewka, pietruszka i coś jeszcze z nieodłącznym do kiszenia czosnkiem oraz koprem. Ależ bym spróbował! Albo nie, lepiej nie! Żadnych kulinarnych ekscesów. Dzień przed biegiem, byłoby to zbyt ryzykowne. I mogłoby podczas ultramaratonu, spowodować częste wizyty w górskich krzakach, potocznie zwanych kosodrzewiną, sprowokowane problemami żołądkowymi, oraz wywołać nieoczekiwane spotkanie z niedźwiedziem. Zaciekawionym tym, kto buszuje w krzakach na jego terenie. A w Rumunii jest kilka tysięcy misiaczków! Na szczęście nie było w pobliżu właściciela pojemników, bo mógłby poczęstować warzywami, widząc moje zainteresowanie, a ja z wrodzonej pazerności obżarłbym się kiszonymi na ostro warzywami.

Pierwszy wieczorny spacerek w sezonie.



Wczoraj późnym wieczorem zrobiłem pierwszy poważny spacer od kilku tygodni! Taki energiczny i rytmiczny. 5km pokonane w 00:52:53min/km Tempo 10:35min/km, a bluza nie przepocona. Może zdrówko powraca? Lekarz zalecił spacerować i Żona nalegała na tą ekstrawagancję od której się wzbraniałem. Wieczorem w domu Jej nie było i mogłem nie iść, mówiąc, że poszedłem. Obawiałem się jednak, że kłamstwo wyjdzie na wierzch. Lekarza można oszukać wmawiając mu, że się robi to, czego się nie robi, lecz Żony okłamać się nie da. Spojrzy w oczy i wie, czy człowiek łże jak pies, czy nie.

Karaluchy wyszły z szafy.



Od początku ponad 20 letniej historii demokracji w naszym kraju, brałem czynny udział w wyborach. Przygnębiało mnie to, że nie ma na kogo głosować, zarówno w wyborach do samorządów terytorialnych, jak i do Sejmu oraz Senatu i na najważniejsze stanowisko w Polsce. Chętni do ciepłych posadek, wychodzili do wyborców, jak karaluchy ze starej szafy. Mamili obietnicami i znikali na cztery lata, zaszywając się w przepastnych gabinetach, by za nasze pieniądze pławić się w luksusach. Ten schemat powtarza się cyklicznie, co cztery lata. Szafa, karaluchy, uwodzenie odwłokami, ciepły stołek, szafa…

Czy każdy z nas może zostać prosiaczkiem?



Oj nie każdy, nie każdy! Niestety są wśród nas pechowcy, którzy jedząc ponad stan, podczas usilnych prób przybrania na wadze, nie tyją. Mają pecha nieboraki, nie mogąc dołączyć do tyjącej większości społeczeństwa! Zauważyłem, że niektórzy szczupli ludzie zachowują się tak, jakby bardzo zależało im na przytyciu i związaną z otyłością; cukrzycą, nadciśnieniem tętniczym, bezdechem sennym, niewydolnością serca, zwyrodnieniami kręgosłupa oraz stawów i sporą ilością innych dolegliwości. Jeden z moich szczupłych kolegów nie je. On po prostu żre tak, jakby miał darmowy wjazd bez limitów, do największej hurtowni spożywczej w całej galaktyce! Patrząc czasem na niego, odnosiłem wrażenie, że chce zaimponować innym tym, że może sobie bezkarnie pojeść i młóci wszystko, co zgarnie ze sklepowych półek z żywnością. Ale jemu tylko się tak wydaje, że będąc osobą szczupłą, może byle jak się odżywiać i jeść ile wlezie. Skutki złego sposobu odżywiania dotykają wszystkich. Jednych bardziej, innych mniej, ale konsekwencje poniesie każdy, bez wyjątku.

Fotograficzna wyprawa do Strzegomia.


Wczoraj pojechałem do Strzegomia na zawody biegowe, podreperować skromne umiejętności fotograficzne, kolejnym wyjazdem w teren. Mam spore zaległości, albo raczej brak umiejętności w tym zakresie, a nic tak nie podnosi poziomu, jak doskonalenie tego co się robi. Nie jest moim celem zostać wziętym fotografem National Geographic lub innej firmy, ale chciałbym wycisnąć z mojego sprzętu to, co można z niego wycisnąć, a do tego potrzebne są większe umiejętności. Myślę, że należyte ogarnięcie skromnego sprzętu jaki posiadam, wystarczyłoby do osiągnięcia zadowalającego mnie poziomu. Stąd pomysł na zdjęcia sportowe z pierwszej edycji strzegomskiego półmaratonu, w którym miałem biec, lecz z powodu przewlekłej choroby nie biegłem.

Cyfry nie kłamią!



Cyfry nie kłamią!
Za tydzień kolejne wybory. Tym razem do samorządów terytorialnych. Będziemy wybierać 1547 wójtów, 823 burmistrzów, 106 prezydentów oraaaaazz!!! Uwaga! 39.300 radnych! Grubo, czyż nie? Podobają się Wam te cyferki? Robią wrażenie? Nasi sympatyczni sąsiedzi – Czesi, mają około 21.000 (2015r.) zawodowych żołnierzy do obrony swojej pięknej ojczyzny. A u nas  40.000 ludzi, będzie rządzić średniej wielkości krajem. Nie licząc tych najważniejszych, siedzących na ogólnokrajowych stołkach i towarzyszącą im świtę którą trzeba wyżywić.

Mój poranny designe.


Mój poranny designe.
Zawsze staram się wyglądać poprawnie. Co oznacza, że chcę być estetycznie ogarnięty od pierwszych minut po wstaniu z łóżka, bo nigdy nic nie wiadomo. Takie durne przyzwyczajenia; kibel, mycie zębów – co według moich obserwacji, wśród ludności jest czynnością zanikającą i reszta porannej toalety. W tym golenie najnowszej generacji nożykiem, który po trzech razach do niczego się nie nadaje. 
Codziennie patrzę w lustro od niechcenia, ponieważ wiem co zobaczę lecz robię to z przyzwyczajenia i jak zwykle widzę posępną twarz. Zero uśmiechu i pozytywnych emocji na niej, a teraz nawet brak energii. Dlatego wolałbym mieć kamienne oblicze legendarnego Bustera Keatona, niż swoje własne posępne, lecz twarzy się nie wybiera i trzeba zadowolić się tym, co natura nam dała… 
Wczoraj, zamiast tradycyjnego ogarnięcia własnego oblicza i resztek ciała do niego przylegających. Przetrwałem w swym porannym niechlujstwie do godziny dziewiątej trzydzieści. Bo w głowie był zarys posta, czy postu (jak zwał, tak zwał) na bloga, a łeb mam niezbyt pojemy. Dlatego musiałem natychmiast przelać myśli na elektroniczne stronice notesu i tak zeszło do 9:30
Gwałtowny dzwonek do drzwi oderwał mnie od namiętnego stukania w klawisze. Oczekiwałem kuriera z przesyłką, więc czym prędzej ruszyłem otwierać. Uchylam wrota swej twierdzy i moim oczom, ukazała się młoda, uśmiechnięta, atrakcyjna, kurierka DPD z paczką pod pachą! 
Widząc ją, poczułem się jak ostatnia łajza, gdyż niezbyt atrakcyjny facet po 50-tce, nie nieogolony, z nocnym potem pod pachami, w pogniecionej piżamce - wygląda jak łajza, bo inaczej określić tego się nie da. Dlatego wolałbym, żeby łomotali do mnie funkcjonariusze CBA, albo innej instytucji robiącej niezapowiedziane wjazdy na bazę, niż ta zjawiskowa dziewczyna! 
No cóż. Stało się. Pewnie jej już więcej nie zobaczę, a tym bardziej nie poznam i nie będę musiał się głupio tłumaczyć, że na co dzień o wiele lepiej wyglądam, a ona po prostu miała życiowego pecha.
Dbajcie więc o swój poranny wygląd i nie dajcie się zaskoczyć, tak jak wczoraj ja!
OLDBOY65

Ach ta dzisiejsza młodzież!



Ach ta dzisiejsza młodzież!
Z pewnością spotkaliście się z utyskiwaniem dorosłych ludzi mówiących; ach ta dzisiejsza młodzież to lub tamto. Ja również jestem już w takim wieku, że jak najbardziej wypadałoby mi narzekać na dzisiejszą młodzież. Dlaczego by nie? Prawie każdy ma krytyczne uwagi do młodych, to i ja mógłbym je mieć. Ale może nie jestem aż tak stary, by na młodych narzekać?

Moja notoryczna nostalgia.


                 Na tarasie domu moich marzeń
                 Siedzę wygodnie rozparty
                 W fotelu nieustannych pragnień.
                 Odziany w szlafrok wątpliwości,
                 Z głową opartą na poduszce
                 Pełnej niecierpliwych pytań
                 Mrocznych zagadek
                 I nietrafionych odpowiedzi
                 Pijąc drinka pełnego rozterek
                 Z wypiekami na twarzy czekam na to.
                Co jeszcze da mi niestrudzone życie.
...
Napisało się wczoraj przypadkiem, bo nieopatrznie zajrzałem do moich wierszy i zacząłem ponownie niektóre poprawiać, zamiast robić to co wcześniej planowałem. Tak już mam. Nigdy nie robię tego co konieczne, tylko to co serce mi podpowiada. Taka życiowa przypadłość. Nieuleczalna, notoryczna potrzeba robienia tego co do głowy wpadnie. I takie wierszydełko do łba wleciało mimochodem, więc dedykuję je tym ludziom, którzy nadal nie przestali marzyć, a mają na karku nawet lat sześćdziesiąt lub więcej. Bo marzenia często przy życiu trzymają, pozwalając zapomnieć o jego bezkresnym bezsensie. A czym by było życie bez marzeń? Nędzną zaledwie egzystencją. Jakimś mechanicznym wykonywaniem czynności przyziemnych. Jedzeniem, trawieniem oraz wydalaniem i niczym więcej...
OLDBOY65

Do lodowatej wody zaciągnąć się nie dam!



Wczoraj koleżanka namawiała mnie bym dołączył do ekipy i ruszył w Karkonosze na morsowanie, lecz ja zwierz lądowy dobrowolnie do lodowatej wody wciągnąć się nie dam! Ja się do tego nie nadaję, bo zimna nie lubię i z tego zimna niemiłosiernie zgrzytam zębami, a nie chciałbym się ich przedwcześnie tym zgrzytaniem pozbywać. Zostało mi ich niewiele, lecz przydatne są do odwiecznego rozgryzania świata i codziennego śrutowania pokarmu. Ale niestety zgrzytam na lądzie. Czasem zdarza się, że w środku nocy zgrzytam zębami. Dowiaduję się o tym, gdy Żona budzi mnie ohydnym kuksańcem w żebra, by mnie zgrzytania pozbawić. Tak przeważnie postępuje, zamiast zlikwidować oziębłość powodującą zgrzytanie i jeszcze wmawia mi że to jakaś choroba!

Zmiażdży nas wtórny analfabetyzm.



Zmiażdży nas wtórny analfabetyzm.
Wiecie dlaczego piszę tego bloga??? Nie zgadniecie. Dla siebie? To oczywiste. Nie będę kłamał, wmawiając ludziom, że to co robię, robię dla innych ludzi. Bo każdy z nas, to co wykonuje, wykonuje przede wszystkim dla siebie. „Przede wszystkim” - to bardzo ważne określenie, bo oznacza, że z naszej działalności w większym lub mniejszym stopniu korzystają również inni ludzie. Nawet gdy to co robimy nie ma takiego założenia.

Tęcza powinna być dla wszystkich ludzi!

Tęcza powinna być dla wszystkich ludzi!
Oberwało mi się na fejsie, za krytyczną uwagę dotyczącą 10 Marszu Równości we Wrocławiu. Może nieco źle się wyraziłem, ale nie lubię się tłumaczyć i przepraszać, jeśli nikogo nie obraziłem.

Dla mnie takie manifestacje są bez sensu i nie przynoszą manifestującym żadnych korzyści, a dla innych ludzi? W jednych wzbudzają pogardę, w innych śmiech, w jeszcze innych politowanie. Niewątpliwie są ludzie hetero wspierający dążenia homoseksualistów, bo uważają że tak trzeba i mają rację, skoro tak uważają.

Symbol wiecznej nadziei.



Kilka drewnianych pali wbitych w dno jeziora, na których osadzono drewniane kantówki, przybijając do nich starannie deski i mamy pomost! Miejsce na którym nadzieja współpracuje z cierpliwością, doświadczeniem i umiejętnością podejmowania szybkich decyzji. Mam na myśli – wędkarstwo. Łowienie ryb z kilku desek umieszczonych nad wodą. Dla jednych jest to wielogodzinne oczekiwanie dające ukojenie, oderwanie się od trudów codziennego życia, a czasem wręcz ucieczką przed światem! Dla innych dziwne pojęcie sportu – łapanie ryb dla zabawy, zupełnie dla mnie nie zrozumiałe. Dla kolejnych ludzi dorabianie do nędznej emerytury, a może sposób na dostarczenie czegoś na stół dla biedę klepiącej rodziny, by połączyć koniec z końcem zajadając rybę, na którą nie wydało się ostatnich pieniędzy.

Dla mnie pomost symbolizuje coś więcej, gdyż nie łowię ryb, chociaż ze smakiem je jadam. Lubię pomosty potężne jak ten w Sopocie, które molami są zwane, by podkreślić ich wielkość. Lubię też takie niewielkie, chyboczące się od uderzeń łagodnych fal rzeki lub wód jeziora pchanych wiatrem ku brzegowi. I Nawet te zaniedbane pomosty, nadgryzione zębem czasu, opuszczone oraz zapomniane przez człowieka, mają swój magnetyzm i warto na nie rzucić okiem. Bo one swym wyglądem symbolizują porzucone nadzieje, gdy inne nadal są nadzieją.
OLDBOY65

Moje kulinarne wędrówki – zupa dyniowa.

W swoich kulinarnych wędrówkach, nareszcie dotarłem   do zupy dyniowej! Może dlatego tak późno, gdyż mój kucharski światek, istnieją...