Moje kulinarne wędrówki – zupa dyniowa.



W swoich kulinarnych wędrówkach, nareszcie dotarłem  do zupy dyniowej! Może dlatego tak późno, gdyż mój kucharski światek, istniejący od kilkudziesięciu lat, jest bardzo ograniczony. Nie z tego powodu, że nie lubię niektórych warzyw lub innych składników powszechnie dostępnych na naszym rynku i w związku z tym ciągle ich unikałem. Ale dlatego, że moja Żona znakomicie gotuje i z własnego wygodnictwa, ograniczyłem się do prostych potraw oraz zup, bez których dla mnie obiad się nie liczy. Obiad bez zupy, jest podobnie mizerny w swej wymowie, jak seks bez gry wstępnej! Można się zapchać kartoflami, ryżem, czy makaronem z sosem lub bez niego. Zjeść kawał smażonego mięsa i michę surówki, lecz to nie jest to samo, co porządny obiad z zupą. Bo zupa nadaje klimat, jakim powinien szczycić się główny posiłek, jadany każdego dnia. Ona dodaje posiłkowi magicznego smaku oraz pikanterii, tworząc uroczysty nastrój, bez względu na to, czy  obiad, spożywany jest w podrzędnym barze, wykwintnej restauracji, czy w domu. Nie ma też większego znaczenia, czy jemy go w środku tygodnia, w weekend, lub święta. Czy spożywamy go podczas uroczystości, czy jest zwykłym banalnym posiłkiem dnia powszedniego. Bowiem jedzenie zupy będącej częścią obiadu, daje nam więcej czasu, na przebywanie wśród osób z którymi chcemy przebywać. A jeśli spożywamy go w samotności, mamy znacznie dłuższą chwilę, na zastanowienie się nad własnym życiem lub nad tym, co jeszcze może się nam przydarzyć. Mam na myśli realizowanie własnych planów, bowiem życie jest 1000 razy bardziej nie przewidywalne od efektów, jakie mogą nas dosięgnąć, gdy zjemy michę kiszonej kapusty, popijając ją obficie mlekiem.

Wojenne błędy, czy zwykła głupota?


Fatalne decyzje w II Wojnie Światowej / Hans – Dieter Otto. Taka książka wpadła mi w łapy, a właściwie pożyczyłem ją od sąsiada. A w niej zawartych jest czterdzieści wojennych epizodów, mających większy lub mniejszy wpływ na przebieg wojny. Autor skupia się na błędnych decyzjach podejmowanych przez dowództwa armii walczących na wszystkich frontach drugiej wojny. Po przeczytaniu kilku rozdziałów zacząłem odnosić niemiłe wrażenie, że wojskowe talenty Adolfa Hitlera są przez autora wychwalane. Może nieco przewrażliwiony na tym tle jestem, ponieważ nie widzę niczego godnego pochwały w stosunku do osoby dowodzącej armią, która wygrywa kilka bitew, ale przegrywa wojnę. Czy takie dowodzenie można nazwać talentem? Raczej antytalentem! To samo dotyczy Napoleona. Co z tego, że wygrał tu i ówdzie, większą lub mniejszą bitwę, jeśli ostatecznie dostał łomot i zesłano go na bezludną wyspę, aby w spokoju oswoił się z tym, że dostał sromotne lanie i już się nie liczy. Ale są ludzie, dla których taki człowiek jest idolem. To mniej więcej tak samo, jakby wielbiono boksera za to, że był dobry w trzeciej, piątej, czy dziesiątej rundzie. I jako fachowiec od lania po pysku pokazał, że potrafi walczyć, ale ostatecznie ląduje ryjem na deskach, gdyż nie uważał i zlekceważył przeciwnika, ponieważ był zadufany w sobie, bezczelny oraz arogancki. Ostatecznie nie przegrał dlatego, że był gorszy, tylko dlatego, że nie szanował przeciwnika.

Mój Terminal!


Wygląda na to, że zasiedzę się na lotnisku, co najmniej tak długo jak Tom Hanks w filmie Stevena Spielberga pod tytułem „Terminal” (2004r.) Ale Viktor Navorski (Tom Hanks) miał pecha, ponieważ przybył do USA z kraju położonym w Europie Wschodniej, w którym dokonano zamachu stanu. Amerykańskie władze nie uznały paszportu Viktora, zmuszając go tym samym do przymusowego koczowania na lotnisku. Nie pamiętam ile czasu zeszło bohaterowi na lotniskowym pobycie i nie wiem, ile ja się w swoim airporcie zatrzymam.

Coraz bardziej martwi mnie to, że dinozaury wymierają...



Coraz bardziej martwi mnie to, że dinozaury wymierają, ale nie dlatego, że kocham te stworzenia, lecz dlatego, że od jakiegoś czasu sam należę do tego gatunku. Chociaż resztkami sił staram się udawać, że tak nie jest, ale organizmu nie oszukasz. Jeśli weszło się w epokę prehistorycznych gadów, to należy się dostosować, wygodnie umościć - zaakceptować klimat i znaleźć bezpieczne miejsce w prastarych paprociach. Najważniejsze, by nie pierdolnął gdzieś w pobliżu jakiś meteoryt, czy coś podobnego, co przypałęta się z Kosmosu, by ponownie zrównać wszystko z ziemią. To jest zupełnie nie potrzebne, bo my ludzie sami się unicestwiamy i nie potrzebujemy do tego boskiej pomocy, w postaci rozgrzanych do czerwoności meteorów, ani innego kosmicznego badziewia. Nasza głupota w zupełności wystarczy, gdyż pomysłowość ludzka w niszczeniu świata nie ma granic!

Moje kulinarne wędrówki – zupa dyniowa.

W swoich kulinarnych wędrówkach, nareszcie dotarłem   do zupy dyniowej! Może dlatego tak późno, gdyż mój kucharski światek, istnieją...